sobota, 28 listopada 2015

FOS Aleksandra Ginsberga

Mówiąc o historii fotografii (w tym i stereoskopowej), nie można pominąć sylwetki słynnego Polaka, Aleksandra Ginsberga. Urodził się on w Sosnowcu w 1871 roku. Po ukończeniu gimnazjum w Piotrkowie studiował matematykę i fizykę w Paryżu. Dyplom inżyniera uzyskał na politechnice w Berlinie-Charlottenburgu. Następnie przez kilka lat pracował w renomowanych zakładach optycznych K. Kraussa w Paryżu i C. Zeissa w Jenie na stanowisku głównego konstruktora. W 1899 roku założył pierwszą na ziemiach polskich wytwórnię sprzętu optycznego, działającą pod nazwą - „Pierwsza w Kraju Fabryka Instrumentów Optycznych FOS”, potem: „FOS Towarzystwo Firmowo-Komandytowe Ginsberg i Spółka”. Fabryka ta według ksiąg adresowych początkowo zatrudniała 30 pracowników i posiadała motor o sile siedmiu koni. Dwa lata później firmę przeniesiono do nowej siedziby a liczba zatrudnionych wzrosła do pięćdziesięciu osób, silnik zaś zmienił się w elektryczny o mocy 50 koni.  Fabryka Ginsberga wytwarzała przyrządy miernicze, lornetki pryzmatyczne, wizjery artyleryjskie, optykę do łodzi podwodnych, aparaty fotograficzne, obiektywy kamer i aparatów fotograficznych oraz aparaty telefotograficzne do sprawdzania celności strzałów konstrukcji Ginsberga. Produkowany towar był bardzo wysoko ceniony w całej Europie. Szczególną popularnością cieszyły się jednak obiektywy do aparatów. Największe i najbardziej znane firmy sprzętu fotograficznego zamawiały obiektywy „FOS”. Jedne z bardziej popularnych modeli aparatów fotograficznych jak np. „Block-Notes” paryskiej firmy Comptoire General de Photographie L. Gaumont’a, „Minium” Krugenera, „Ideal“ Huttinga oraz „format 9x12“ Kodaka posiadały optykę warszawskiej firmy. Również składany aparat FOS z 1903 roku na płyty szklane, z obiektywem FOS/Planistygmat 8, FOS/Aplanat 6,3, z migawką szczelinową B, 1/2-1/1000 sek. o formacie 9x12cm cieszył się powodzeniem podobnie jak aparat stereoskopowy Sterotres (trzyobiektywowy) z 1904r, albo Zeflex z 1905 roku, drewniana lustrzanka, o formacie 9x12, z obiektywem FOS/Planat/6.3, z migawką szczelinową, będąca jedną z bardziej udanych konstrukcji inżyniera Ginsberga.  Firma rozwinęła się błyskawicznie, głównie dzięki olbrzymim zamówieniom rządowym dla rosyjskiej armii. W 1914 roku, z chwilą wybuchu I wojny światowej, władze rosyjskie wywiozły całą fabrykę FOS do St. Petersburga - wraz z całym personelem i maszynami. Nic w sumie dziwnego! To była jedyna wytwórnia optyczna na całym terytorium Carskiej Rosji produkująca niezbędne oprzyrządowanie dla armii. Na szczęście, sam pan Ginsberg już tego nie dożył. Zmarł przedwcześnie w Warszawie w 1911 roku w wieku zaledwie 40 lat. Po rewolucji bolszewickiej w 1917 roku, fabryka FOS stała się zaś podstawą dla całego przemysłu fotooptycznego w Związku Radzieckim. Prawda, że trudno w to uwierzyć? A jednak!!!

ginsberg

Aleksander Ginsberg (1871-1911)

sterotres01

Sterotres - polski stereoskopowy aparat fotograficzny z 1904 roku.

(źródło - www.fotomuzeum.pl)

sterotres02

 

 

niedziela, 22 listopada 2015

Łukasz i jego albumy

Zapewne przypominacie sobie jak chwaliłem się pojedynczymi albumami wydawnictwa Raumbild Verlag Otto Schönsteina. Z jaką dumą i pychą obwieszczałem wszem i wobec, że mam, że zdobyłem...pierwszy, drugi, trzeci i tak do ośmiu. Myślałem, że tylko ja mam monopol na te albumy! Ale do czasu... Trzy lata temu, w styczniu 2012 roku napisał do mnie pan Łukasz Krajewski z Poznania. Nasza korespondencja zaczęła się niewinnie od sprawy przeglądarki do jednego z albumów. Ja myśląc, że zjadłem wszystkie rozumy, podesłałem Łukaszowi jakieś artykuły dotyczące tego wydawnictwa. Mądrzyłem się, wygłaszałem swoje teorie i nagle... kubeł zimnej wody! Okazało się, że Łukasz jest wytrawnym kolekcjonerem albumów stereoskopowych Raumbild, wie na ich temat grubo więcej ode mnie i to on powinien mnie szkolić a nie ja jego. No tak. Moja pycha została ukarana, ale jest i dobry aspekt tej całej historii, bo... do dzisiaj utrzymuję z Łukaszem kontakt mailowy i choć nie znamy się osobiście, wiem dokonale co u niego nowego. A dużo, dużo i to dobrego, bo jest posiadaczem prawie wszystkich przedwojennych albumów stereoskopowych wydanych przez Otto Schönsteina.  A jak to się zaczęło? Niech opowie sam Łukasz:  Z wykształcenia jestem socjologiem, z zawodu pracuję w nieruchomościach, zarządzanie i administracja lokalowa oraz obrót nieruchomościami. Co do samego zainteresowania stereoparami  a konkretnie albumami Pana S. Pierwszy raz odkąd pamiętam z albumem Schönsteina, był to prawdopodobnie „Die Soldaten des Führers im Felde” – Żołnierze Führera na polu walki,  spotkałem się jeszcze jako dziecko bodaj pod koniec lat 80-tych (tytuł ustaliłem dzięki temu, że zapamiętałem duże zdjęcie Hitlera, które wyrwałem z albumu o co był wtedy niesamowity krzyk, bo album był pożyczony od znajomego mojej babci, który posiadał dwa lub trzy z najpopularniejszych stereoalbumów). Niemniej jednak była to wówczas tylko ciekawostka i jako małe dziecko, wówczas jeszcze przedszkolne, szybko o tym fakcie zapomniałem. Sprawa wróciła po latach. Po śmierci mojej babci w różnych szpargałach znalazłem pewne tajemnicze okulary, które do niczego nie pasowały. Nie szło nimi oglądać żadnych normalnie dostępnych zdjęć. Okulary te co ciekawe były jeszcze po moim dziadku, który co prawda nie miał nigdy albumów stereoskopowych ale okulary te posiadał (w jaki sposób wszedł w ich posiadanie dzisiaj już tego nie ustalę). On zaś używał ich zamiennie do lupy, której w czasach powojennych i późniejszej siermiężnej „komuny” dostać nigdzie nie szło. Niemniej jednak po latach, znajdując je w babcinych szpargałach zainteresowało mnie to dziwne znalezisko, które wcześniej było mi znane ale nie skupiało w wieku młodzieńczym mojej uwagi. Zacząłem więc szukać w internecie, czym że są, i ile mogą być warte. Chyba tylko dzięki temu, iż internet był wówczas już wszechobecny ustaliłem pochodzenie i przeznaczenie tychże okularów i tym samym dlatego nie poleciały one do śmietnika jako „popsute”. Co więcej od tego też czasu (był to rok 2008), zaczęło się moje zainteresowanie albumami Pana S. oraz powróciła retrospekcja, że przed wieloma latami spotkałem się już z podobną publikacją będąc jeszcze dzieckiem... Samo zachłyśnięcie się fotografią stereoskopową wyglądało następująco. Szukając informacji czym że jest owe Raumbild-Verlag zapisane na stereoskopowej przeglądarce dołączanej do albumów Schönstein – Verlag, wpadłem na notkę iż urządzenie to służy do przeglądania stereopar 6 x 13. Ponieważ wcześniej nie słyszałem o niczym takim,  jak mi się zdawało, a nie skojarzyłem wówczas jeszcze faktów z czasu wczesnego dzieciństwa, postanowiłem poszukać w internecie jakąś stereoparę i wydrukować ją w odpowiednim formacie żeby zobaczyć co to jest i jaki jest efekt drugowojennych zdjęć 3D (było to dla mnie nieco szokujące że tak dawno mogli wpaść już na taki pomysł, gdyż sama dziedzina fotografii stereoskopowej była mi wówczas całkowicie nieznana). Po wydrukowaniu kilku skanów zdjęć znalezionych gdzieś w internecie i użyciu tychże „popsutych” babcinych okularów, oniemiałem z wrażenia. Od razu wiedziałem, że muszę kupić jakiś album żeby zobaczyć faktyczną jakość i perspektywę, jaką dają oryginalne stereopary. Efekt był tak zdumiewający, że przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Pierwszym z albumów był Kampf im Westen, który nabyłem na jednym z portali aukcyjnych. Po obejrzeniu tychże zdjęć wiedziałem, że nie spocznę póki nie będę miał kompletu przedwojennych albumów Pana S., tym bardziej, iż zawsze interesowałem się historią okresu II wojny światowej, szczególnie w zakresie wojskowości i militaryzmu. Z kolejnym albumem „Die Soldaten...”, powoli przyszła do mnie myśl, że już wcześniej gdzieś to widziałem, już wcześniej gdzieś się spotkałem, zacząłem się zastanawiać, oglądać i przypomniałem sobie wówczas cała historię z dzieciństwa z wyrwanym zdjęciem Adolfa i chryją jaka z tego powodu mnie wówczas spotkała. Niemniej jednak poszukiwania kolejnych albumów były tylko kwestią czasu i znalezienia odpowiedniej oferty, (niestety ceny dużej części tytułów dostępnych od ręki są co by nie mówić dość spore) a potrzeba do tego cierpliwości i wytrwałości oraz znajomości dwóch języków, gdyż nie wszystko idzie znaleźć w dobrej cenie w krajach niemieckojęzycznych. Wiele rzeczy zostało wywiezionych jako trofeum przez żołnierzy alianckich do swoich domów i można je kupić o wiele taniej, gdyż jako nie kolekcjonerzy często ich rodziny traktują to jako zwykłą pozycję książkową, co ułatwia negocjacje i ustalenie racjonalnej ceny dla danego tytułu, która to nie zniszczy budżetu domowego.  Niekiedy warto też kupić album niekompletny bądź nieco uszkodzony tak aby była możliwość przywrócenia go do stanu pierwotnego oraz uzupełnienia pojedynczych brakujących zdjęć co też często robiłem. Oczywiście wtedy można dość łatwo negocjować cenę niemniej jednak trzeba zorientować się wcześniej co do ceny pojedynczych zdjęć i trudności ich nabycia (niektóre tytuły są po prostu nieosiągalne jako pojedyncze stereopary tak wiec nie ma sensu wtedy kupować niekompletnych albumów bo prawdopodobnie nigdy ich nie skompletujemy) oraz kosztów profesjonalnej naprawy albumu. Dzisiaj po 7 latach mam już niemal wszystkie przedwojenne tytuły albumów wydawnictwa Schönstein Verlag, w pełni rzecz jasna kompletne a nawet zawierające dodatkowe stereopary o które różniły się poszczególne wydania tych samych tytułów (jak kilka wydań Großdeutchlands Wiedergeburt, z Hessem i bez Hessa który to wyleciał z późniejszych wydań przez cenzurę i oskarżenie o zdradę po ucieczce do Anglii). Część z nich czeka na naprawę w konserwatorium skóry i papieru, co traktuję jako przywracanie wartości swojemu zbiorowi jak i ratowanie historii przed zapomnieniem. Nadal jednak nie posiadam  kompletu, aczkolwiek stawiam na swoją cierpliwość oraz liczę na łut szczęścia. I co tu więcej dodać? Myślę, że trzeba życzyć Łukaszowi jak najszybszego zapełnienia swojej półki brakującymi albumami. A mnie pozostało się tylko ślinić z zazdrości na widok tak wspaniałej kolekcji!

albumy

Albumy Łukasza. Oj, chciałoby się to mieć u siebie, oj, chciało!!!

paryż

Kilka perełeczek.  Album Paris Relief.

parteitad

Der Erste Großdeutsche Reichskriegertag.

kunst

Tag der Deutschen Kunst.

partei02

Najcenniejszy album Łukasza, Parteitag Großdeutschland.

partei01

(autorem wszystkich zamieszczonych dzisiaj fotografii jest Łukasz Krajewski)

poniedziałek, 16 listopada 2015

Fotoplastikon w Muzeum Śląskim

Wracając z OFFO zajrzałem oczywiście do Muzeum Śląskiego, żeby obejrzeć zabytkowy fotoplastikon, działający do 1987 roku w Sosnowcu. Ostatni raz widziałem go równo pięć lat temu i muszę powiedzieć, że niewiele sie przez ten czas zmienił. Nie postarzał się... no może pięć lat. W marcu 2010 roku pisałem, że nie można robić mu zdjęć. Dzisiaj wolno pstrykać na lewo i prawo, co skrzętnie wykorzystałem i obfotografowałem go ze wszystkich możliwych stron. Bardzo miła Pani z obsługi pozwoliła mi nawet zajrzeć do środka... Nie, nie, żebym wchodził. Odchyliła mi  tylko czarodziejskie wejście, żebym mógł zobaczyć serce, czyli silnik i poruszające sie koła połączone paskami transmisyjnymi. Zawsze jak zaglądam do takiego urządzenia, serce zaczyna mi szybciej bić. Czuję się tak samo, jak fan motocykli stojący obok wspaniałego Harley'a, zasłuchany w melodię pracy silnika. No tak...trochę się rozmarzyłem. Ale, ale! Żeby nie było tak słodko! W środku zauważyłem straszną plątaninę przewodów, przedłużaczy, kabli i drucików. Ejże! Czy nie można tak zrobić raz a dobrze? Ja wiem, że tego nie widać, ale mimo wszystko... Taki apel do decydentów Śląskiego Muzeum. Zróbcie z tym coś! Druga rzecz, która mnie trochę zaniepokoiła, to zdjęcia pokazane w fotoplastikonie. Były to same konwersje (fakt, że bardzo dobrze zrobione), i to te same, które oglądałem w czasie ostatniej wizyty. Nie wierzę, żeby takie muzeum nie miało innych fotografii. Mówiłem, mówię i mówić będę że takie urządzenia jak fotoplastikon  nie powinny być kalane jakimiś konwersjami. Powinno się w nich pokazywać tylko i wyłącznie oryginalne obrazy stereoskopowe. Nie wiem, może się czepiam, ale zdania swojego nigdy nie zmienię. Oglądanie fotografii trójwymiarowej daje iluzję obcowania z rzeczywistością prezentowaną na seansach, a widz przenosi się w zatrzymany na jedną sekundę magiczny świat. Nie oszukujmy więc aż tak widza!!!


DSCF5186


Śląski Fotoplastikon z muzeum w Katowicach.


p01


Silnik, pasy, kable i kabelki...


DSCF5180


Kilka kadrów z życia Śląska z poczatku XX wieku.


DSCF5181 DSCF5183

wtorek, 10 listopada 2015

OFFO 2015

Dzisiaj będzie o OFFO, czyli o Ogólnopolskim Festiwalu Fotografii Otworkowej. W tym roku miała miejsce już szósta jego edycja organizowana przez Grupę Trzymającą OFFO, pod przewodnictwem ojca założyciela – Witolda Englendera.  Jest to impreza cykliczna (biennale), która nie ma odpowiednika w polskim środowisku fotograficznym, a znana jest także poza granicami kraju. OFFO jest Festiwalem gromadzącym twórców, którzy posługują się fotografią otworkową (pinhole photography), a jego celem jest ukazanie możliwości, jakie daje ta technika i przybliżenie jej możliwie najszerszej publiczności. Wystawy odbywają się równocześnie, zawsze w listopadzie, w kilkudziesięciu galeriach Górnego Śląska i okolic. Prezentacjom prac towarzyszą pokazy filmów otworkowych, multimediów, prelekcje, oraz wydawnictwo (także na DVD) stanowiące po części katalog, ale też zbiór artykułów teoretyków i praktyków fotografii otworkowej.  W tym roku i ja zgłosiłem swoje prace (tym razem płaskie). Można je zobaczyć w Galerii Gawra w Raciborzu do 25 listopada. Zapytacie, dlaczego nie trójwymiarowe? No… tak jakoś wyszło. Ale był ktoś, kto spróbował techniki anaglifowej w „otworku”. W galerii Wiejskiego Domu Kultury w Olzie znalazłem trójwymiarowego pinhola autorstwa Michaliny Hendrys z Krakowa. Zdjęcie zrobione było poprzez dwa otworki przysłonięte niebieskim i czerwonym  filtrem. Anaglif powstał od razu, wystarczyło tylko założyć okulary i jak powiedziała Miśka – „coś zaczęło wystawać”. Faktycznie, efekt choć z wielkimi duchami, ale był.  A zresztą sami zobaczcie.

michalina

Anaglif otworkowy Michaliny Hendrys

offo03

offo02

offo

Plakat raciborskiej wystawy w Galerii Gawra.

środa, 4 listopada 2015

Pociąg do Polski... Podróż do PRL-u lat 50 i 60

Uwaga! Uwaga! Pociąg „Fotoplastikon” do stacji PRL odjedzie z peronu w al. Jerozolimskich 51. Podróżujących w czasie uprasza się o zajęcie miejsc i nieotwieranie okien, bo za nimi widoki z lat 50 i 60. Planowane stacje pośrednie: odbudowująca się Warszawa, zintegrowane od niedawna Trójmiasto, odrobinę młodszy od współczesnego, ale wciąż stary Kraków,  wracający do macierzy Olsztyn, czy od zawsze rywalizujące ze sobą Toruń i Bydgoszcz. W cenie biletu poza najpiękniejszymi miastami naszego kraju dodatkowo obrazy Mazur, Podhala, Kujaw i Małopolski.  Gdzie kupić bilet…? W kasie Fotoplastikonu, codziennie z wyjątkiem niedziel i poniedziałków, w godzinach 10.00 – 18.00. Odjaaaaazd!!!!!

 Uff! Zdążyłem do kasy i kupiłem bilet. Przejechałem się tym jakże dziwnym pociągiem i odwiedziłem miejsca bardziej lub mniej mi znane, jednocześnie cofnąwszy się w czasie o ponad sześćdziesiąt lat. Przyznam, że ta podróż sprawiła mi wiele radości, bo czyż to nie bajeczne oglądać obrazy utrwalone przed swoim urodzeniem? Co tu wiele gadać... Fotoplastikon Warszawski to jednak miejsce zaczarowane!

DSCF49471

Toruń

DSCF49491

Ciechocinek

DSCF49531

Poznań

DSCF49641

Przełom Dunajca

DSCF49651

Gdańsk

(wykorzystano materiał ze strony www.fotoplastikonwarszawski.pl)

niedziela, 1 listopada 2015

Post mortem w 3D

Przy przeszukiwaniu rozmaitych stron internetowych poświęconych historii fotografii natrafiłem na bardzo ciekawy wpis. Przeczytajcie proszę fragment tekstu ze strony www.kolorowyswiatnessy.blogspot.com poświęcony fotografii pośmiertnej. Myślę, że dzisiejszy dzień to najlepszy czas na takie tematy...  Zwyczaj fotografowania ludzi po ich śmierci miał swój początek w latach czterdziestych XIX wieku. W drugiej połowie XIX wieku, jak i na początku XX wieku było to wręcz zjawisko nagminne, charakterystyczne przede wszystkim dla wiktoriańskiej Anglii. Gdy zmniejszyła się umieralność ludzi, a warunki bytowe uległy polepszeniu i śmierć przestała towarzyszyć człowiekowi na co dzień, zwyczaj post mortem zaczął szybko zanikać. Gdy teraz patrzymy na te zdjęcia, często czujemy wstręt i obrzydzenie. Szokuje nas, że kiedykolwiek można było robić coś podobnego. Zjawisko stało się tabu, odbieramy je jako wulgarne i obraźliwe. Ale właściwie dlaczego? Zdjęcia te nie były przecież robione dla zabawy, świadczyły wręcz o dużym szacunku dla zmarłego oraz tym, że był on dla swoich bliskich kimś niezmiernie ważnym i kochanym.  Czy fotografia post mortem istniała tylko po to aby zachować pamięć po zmarłym? Nie tylko. Przypominała także o tym, że śmierć to nieodłączny element życia człowieka, coś, co łączy wszystkich ludzi, co spotka każdego. Na samą myśl o tym pewnie dostajecie gęsiej skórki. Nic dziwnego. Podejście do wszystkiego, co związane jest z przemijaniem diametralnie się zmieniło. Co prawda śmierć towarzyszy nam na co dzień (w telewizji dowiadujemy się, że ktoś umarł właściwie co kilka sekund), ale nie jest ona tak namacalna i bezpośrednio dotycząca nas samych tak jak kiedyś. Rzadko umiera ktoś, kogo znamy, kto jest nam naprawdę bliski. A gdy już się to dzieje, to nie my najczęściej jesteśmy tego świadkami i potem nie my zajmujemy się ciałem. Zmarły ze szpitala trafia od razu do kostnicy, a potem do grobu. Coraz rzadziej rodziny proszą o możliwość przeprowadzenia ceremonii pogrzebowej z otwartą trumną. Dawniej zwłoki przebywały od śmierci do pogrzebu w mieszkaniu wraz z domownikami. Były przez nich myte, ubierane, szykowane do pogrzebu. Nieraz zmarłe dziecko musiało z braku miejsca dzielić łóżko z resztą rodzeństwa. Umierało się w nocy, we śnie, obok żywych. Nie było lekarza, diagnostyki chorób. Fotografia post mortem była zatem wyrazem miłości rodziny do zmarłego. Czuli oni potrzebę posiadania blisko kogoś, kto stanowił istotny element ich życia. Takie zdjęcie dawało złudzenie, że czas się cofnął. Aby iluzja była silniejsza, czasem ustawiano zwłoki tak, żeby zmarły sprawiał wrażenie jakby wciąż żył. Zdjęcie często wykonywane było w studio fotograficznym przez wyspecjalizowanego fotografa. Zanim przystępował on do pracy, odpowiednio przygotowywał zmarłego; ubierał go, malował, czesał, czasem również rysował źrenice na powiekach. Następnie ustawiał zwłoki w określonej pozie. Do zachowania prawidłowej postawy stojącej wykorzystywał specjalny stelaż, rękę zmarłego opierał o poręcz fotela lub kogoś z rodziny pozującej do zdjęcia. Często zmarłemu kładziono na rękach lalkę bądź książkę, aby jeszcze bardziej upodobnić go do osoby żywej.[...]  Trójwymiarowe fotografie zrobione po śmierci nie trafiają się często. Dla przykładu poniżej zdjęcie Papieża Leona XIII zrobione w Watykanie w 1903 roku...

s-l1600a

...oraz niemowlęcia zmarłego pod koniec XIX wieku.

dzdzia

London in 3D - litewskie anaglify.

Kolejny album zdjęć stereoskopowych, którym chciałbym się z Wami podzielić, to "London in 3D". Tytuł ten już parokrotnie przewijał...