Nordetta 3D 1950
niedziela, 18 sierpnia 2019
Nordetta 3D
Nordetta to bardzo rzadki,mieszkowy aparat stereoskopowy na film zwojowy 127. Zbudowany został w 1950 roku przez niemiecką firmę Vredeborch GmbH, Nordenham i choć początkowo nie podbił trójwymiarowego rynku, dzisiaj jest łakomym kąskiem dla pasjonatów 3D. Skonstruowany został głównie z tworzywa i metalu. Jest dosyć lekki, ale bardzo słaby technicznie. Ma stały czas naświetlania - około 1/30 sekundy, stały otwór przysłony 11, prymitywny optyczny celownik i gniazdo do lampy. Aparat robi dwa zdjęcia formatu 42x55mm każde, chociaż ma też możliwość fotografowania w "mono". Na płycie czołowej zamocowano sprytnie pokrętło, dzięki któremu można zasłonić lewy obiektyw. A jak już o obiektywach mowa, to nie mam pojęcia w jakie jest wyposażona Nordetta. Wiem tylko, że ogniskowa to 8 cm a baza 6. O migawce wspomnialem, dodam tylko, że ma mechanizm gilotynowy, naciągany "gdyngsem" nad obiektywami. I jeszcze kilka słów o producencie. Firma Vredeborch GmbH została założona w 1945 roku. Produkowała duże ilosci aparatów głównie skrzynkowych, w tym wiele dla innych dystrybutorów. Od 1953 specjalizowała się tylko i wyłacznie w prostych konstrukcjach. Produkcja aparatów ustała w latach siedemdziesiątych XX wieku a w 1986 roku firma ogłosiła upadłość. Ot, tak jak w życiu. Coś się zaczyna i coś kończy. Dobrze, że chociaż Nordetta mi została.
niedziela, 21 lipca 2019
Simda
W 1955 roku Simone i Daniel Guebin stworzyli we Francji firmę Simda. Pod jej właśnie szyldem powstał rok później ten bardzo ciekawy, stereoskopowy aparat o takiej samej nazwie. Simda Panorascope (potem Panoramascope) 3D robiła stereoskopowe panoramy na filmie 16 mm perforowanym dwu lub jednostronnie. Takich panoram formatu 11x20 mm. wychodziło 100 na jednej rolce!!! Pierwszy model w kolorze czarnym wyposażony był w dwa obiektywy Roussel o ogniskowej 25 mm i bazie 61mm. W drugim modelu, w kolorze szarym Roussele zastąpiono obiektywami Augenieux o takich samych parametrach. Wartości przysłony w obu modelach wynosiły 3,5, 5,6, 8 i 11, a czasy naświetlania 1 sekundę, 1/2, 1/5, 1/10, 1/25, 1/50, 1/100, 1/250 oraz B. Aprat miał dwa celowniki. Prosty ramkowy i drugi zwierciadlany. Stopka do lampy błyskowej i gwint do statywu dopełniały resztę. Simda jest dość rzadkim aparatem, bo wyprodukowanym w ilości tylko 2500 egzemplarzy. Mój jak widać, to drugi model o numerze seryjnym 2325. Jest się więc czym cieszyć!
Simda 1956
niedziela, 14 lipca 2019
Goworowo w trzech wymiarach
"Goworowo w trzech wymiarach" to projekt realizowany przez Towarzystwo Przyjaciół Goworowszczyzny w partnerstwie z PHU Bursztyn Anna Sadowska i Gminnym Ośrodkiem Kultury, Sportu i Rekreacji w Goworowie, przy współfinansowaniu Narodowego Instytutu Wolności - Centrum Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Programu Fundusz Inicjatyw Obywtelskich na lata 2014-2010. W ramach tego projektu, 15 czerwca miałem przyjemność prowadzić warsztaty dla młodzieży, oczywiście warsztaty obrazowania stereoskopowego. Opowiedziałem o mojej pasji do fotografii trójwymiarowej, o moich sukcesach i klęskach, i tym co mnie do tej fotografii ciągnie! Pokazałem efekty moich fotograficznych wojaży, a na koniec poszliśmy "w miasto" uwieczniać Goworowo w trzech wymiarach. Było miło, wesoło i przyjaźnie. Goworowskie anaglify udały się znakomicie, co można było zobaczyć już tydzień później na wystawie w budynku Urzędu Gminy. Podobno się podobało. Piszę "podobno" bo nie nie byłem na wernisażu, czego bardzo żałuję. No cóż, nie można być wszędzie! Bardzo się cieszę, że zaszczepiłem wirusa "stereo" młodym ludziom a przy okazji miałem chociaż malutki wkład w realizacji projektu. Kto następny???
Najpierw były warsztaty...
...potem wystawa.
fot. Agata Majk
wtorek, 9 lipca 2019
Message
Kiedy w marcu tego roku na stronie"Polak potrafi" znalazłem projekt pana Macieja Jeziorka, bez wahania postanowiłem go wesprzeć. Oczywiście nawiązywał do obrazowania stereoskopowego, bo jakże inaczej. Chodziło o pomoc w wydaniu książki ilustrowanej stereoparami krzyżowymi. Myślę jednak, że najlepiej sprawę opisze sam autor.
Zdjęcia do projektu „Message” powstały
podczas moich dwóch wyjazdów do Indii - New Delhi i Bombaju. Są wizualną
interpretacją pierwszego, napisanego w języku polskim, listu z Indii, autorstwa
Krzysztofa Pawłowskiego. Listu z 1596 roku! List ten to swobodna, momentami
chaotyczna relacja żołnierza i handlarza z morskiej podróży i pobytu na Goa.
Pełno tu wrażeń, bezpośrednich spostrzeżeń, zasłyszanych historyjek, czasem
nawet naiwnych sądów osoby bezradnej wobec obcej kultury. Kiedy
po raz pierwszy przeczytałem ten tekst, miałem wrażenie, że niemal
słyszę Pawłowskiego opowiadającego w emocjach o obcym, fascynującym i nieznanym
kraju.
Peregrynacja Pawłowskiego
zaintrygowała mnie, gdy zetknąłem się z nią kilka lat temu, zbierając materiały
do jednego z moich wcześniejszych indyjskich projektów. Od tamtego czasu szukałem najpierw
sposobu, a potem środków, by odpowiednio przetworzyć związaną z nim historię.
Zrozumiałem, że opowiem ją przygotowując stereoskopowe, trójwymiarowe, kolorowe
zdjęcia dzisiejszych Indii, robione specjalnie do tego celu zintegrowanymi
dwoma cyfrowymi aparatami fotograficznymi. Co to znaczy dla oglądającego? Pewną
trudność. Trzeba wysilić głowę i wzrok,
żeby zobaczyć, co na nich jest, sprawdzić, czy Indie są rzeczywiście
takim krajem, jakim przez całe lata były przedstawiane w fotografii
europejskiej. Zdjęcia powstały w 2018 roku. Dzięki
stypendium MKiDN mogłem w zeszłym roku dwukrotnie być i robić je w Bombaju i
New Delhi. Razem z listem Pawłowskiego układają się w całość, którą chciałbym
zamknąć w 96-stronicowej książce „Message”.
Koncepcja, opracowanie graficzne książki i
fotoedycja są już na ukończeniu. W edycji pomaga mi Ewa Meissner, za grafikę i
liternictwo odpowiada Andrzej Dobosz, a za przygotowanie do druku Tomek
Kubaczyk. Termin wydania to kwiecień 2019. Dotąd w Polsce prawdopodobnie nie
powstała żadna publikacja książkowa ze zdjęciami do oglądania w tzw.
swoboglądzie krzyżowym / cross-viewing. To nietypowa technika oglądania
stereopar bez dodatkowych przyrządów optycznych.
I cóż? W czerwcu przyszła do mnie paczuszka. W środku pięknie oprawiona w płótno niewielka książka z ciekawą szatą graficzną. Niestety jakość stereopar nie powala i to zarówno pod względem technicznym (obrazy źle wyrównane i niezbyt dobrze złożone) jak i jakości druku (w niektórych porażka totalna). Poza tym niezbyt dobrem pomysłem było zamieszczenie lewego i prawego zdjęcia na dwóch kolejnych stronach. Obrazy powinny leżeć na tej samej płaszczyźnie, bo zniekształcenia (na przykład przy zawinięciu strony) deformują obraz stereoskopowy, co w konsekwencji wpływa na jakość jego oglądania. Ale, pierwsze koty za płoty! Bardzo się cieszę, że taka publikacja powstała i mam nadzieję, że będzie podobnych więcej. Oby tylko lepszych... czego życzę autorowi i sobie.
Message - Maciej Jeziorek 2019
niedziela, 30 czerwca 2019
"Fotoplastikon Warszawski. Lubię to!" po raz trzeci.
Pamiętacie
moją relację z wystawy "Fotoplastikon Warszawski. Lubię to!", która to
miała miejsce w listopadzie zeszłego roku? Opisywałem wtedy co, gdzie, jak i
kiedy... Wtedy była to moja własna relacja na ten temat. Niedawno, w pierwszym
numerze kwartalnika "Stereoscopy", będacego informatorem
Międzynarodowego Stowarzyszenia Stereoskopowego (ISU) znalazł się artykuł
Andrew Lauren’a, z dokładnym sprawozdaniem w wystawy. Andrew przyleciał
specjalnie na dwa dni z Nowego Jorku, by odwiedzić Warszawski Fotoplastikon i
zobaczyć wystawę. Oto co napisał:
Fotoplastikon Warszawski.
Niespodziewana
podróż. Moja wycieczka do Warszawskiego Fotoplastikonu.
Andrew Lauren, Port Washington, Nowy Jork, Stany
Zjednoczone.
Warszawski Fotoplastikon
to rodzaj stereoskopowego teatru. Jest to duże, drewniane, owalne urządzenie, o
wysokości 2,3m i średnicy 3,7 m. Ma 24 stanowiska wizyjne, każde wykonane z
drewnianego, pionowego panelu, z którego wystają mosiężne okulary. Przed
każdym stanowiskiem wizyjnym znajduje się krzesło. 48 stereoskopowych
przeźroczy obraca się automatycznie w fotoplastikonie. Każde przeźrocze można
oglądać przez 14 sekund. A potem przesuwa się ono z prawej do lewej, w kierunku
następnego stanowiska wizyjnego. Za jednym razem można obejrzeć 24 przeźrocza.
Pozostałe 24 stereogramy są umiejscowione między stanowiskami wizyjnymi. Osoba
siedząca przy stanowisku wizyjnym obejrzy wszystkie 48 przeźroczy w ciągu 11
minut. Każde przeźrocze jest podświetlone od tyłu.
Fotoplastikon Warszawski działa w tym samym miejscu od 1908 roku i jest najstarszym
działającym fotoplastikonem w Europie. „Fotoplastikon” nie jest polskim słowem.
Stanowi złożenie dwóch greckich słów: foto – światło i plastikos – rzeźbiarski.
Tak więc, fotoplastikon to urządzenie zamieniające 2-D zdjęcie w obraz trójwymiarowy.
Warszawski Fotoplastikon
przypomina słynną Kaiserpanoramę ( Panoramę Cesarską). Ale nią nie jest.
Fotoplastikon Warszawski ma 24 stanowiska wizyjne, a Panorama – 25. Są jeszcze
inne różnice. Fotoplastikon to ogólne określenie, opisujące jakiekolwiek
urządzenie pozwalające na oglądanie więcej niż jednego stereogramu. Może to być
urządzenie dla publiczności, takie jak w Warszawie – z wieloma stanowiskami
wizyjnymi. Może też być urządzeniem do użytku osobistego z jednym wizjerem.
Panorama Cesarska jest czymś bardziej specyficznym: stereoskopowym teatrem,
opatentowanym w 1890 przez Augusta Fuhrmanna. U szczytu popularności, w Europie
działała sieć ponad 250 takich teatrów. Niestety,
wynalazek kina doprowadził do upadku Kaiserpanoramy. Fotoplastykon warszawski
nie był częścią tej sieci. Obecnie, Fotoplastikon Warszawski posiada ok. 7000
przeźroczy.
Idąc Alejami
Jerozolimskimi spojrzałem na Pałac Kultury i Nauki. Całkowicie dominuje nad
krajobrazem. Stoi samotnie, swoim rozmiarem roztaczając aurę niepokonanej
świetności. Zatrzymuję się na chwilę, aby wchłonąć jego wspaniałość. Po chwili
ruszam dalej. Tego listopadowego, zimnego poranka czeka na mnie inne miejsce.
Celem mojej wycieczki jest Fotoplastykon Warszawski. Wycieczki, której
przygotowanie trwało 2 lata i wymagało ode mnie nocnego lot z Nowego Jorku do
Warszawy.
Owa
niespodziewana podróż zaczęła się w styczniu 2017 od internetowej pogawędki z
Tomaszem Bielawskim. Tomasz opowiedział mi o swoim projekcie wystawy w ponad
100-letnim Warszawskim Fotoplastikonie. Tytuł wystawy miał brzmieć „Fotoplastikon
– Lubię to!” Tytuł miał nawiązywać do sposobu w jaki współczesna kultura
okazuje aprobatę w mediach społecznościowych. Wystawa miałaby pokazać, że
stereoskopia nie jest uroczą osobliwością z przeszłości. Tomasz zamierzał
zebrać 48 stereogramów od 48 fotografów z całego świata, publikujących swoje
stereogramy na Fecebooku. „Lubię to” w tytule wystawy nawiązuje do faktu, że funkcja
‘polub ’ to dla użytkownika Facebooka najczęstszy sposób wyrażenia aprobaty dla
postu innego użytkownika.
Tomasz i ja
przedyskutowaliśmy, który stereogram byłby moim wkładem w wystawę.
Zdecydowaliśmy, że najlepszym wyborem będzie mój stereogram „Pływającego mola”
Christo. Tomasz zapytał mnie także o innych znajomych fotografów, którzy byliby chętni do wzięcia
udziału w wystawie. Podałem mu kilka nazwisk. Tomasz przewidywał, że wystawa
zostanie otwarta za kilka miesięcy (w 2017).
No cóż,
okazało się to nie takie proste.
Przez
półtora roku kontaktowałem się z Tomaszem, pytając: Czy już? I za każdym razem
Tomasz opowiadał o kolejnych opóźnieniach.
2017….
Zaczął się i się skończył…. Wystawy nie było.
2018 …zaczął
się i wydawało się , że wystawa także się nie odbędzie.
Aż tu nagle,
29.10.2018 Tomasz napisał, że wystawa zostanie otwarta za 16 dni i będzie trwać
tylko 2 tygodnie , od 14 listopada do 1 grudnia. Mój podziw dla Tomasza
poszybował w górę! To jego pasja i determinacja powołała wystawę do istnienia.
Musiałem to zobaczyć! Jak mógłbym nie obejrzeć mojego własnego stereogramu w
tym unikatowym i oryginalnym miejscu! Przecież nie będzie drugiej takiej szansy!
Ale od chęci zrobienia czegoś do urzeczywistnienia tego, daleka droga. Miałem
bardzo mało czasu i mnóstwa skomplikowanych działań logistycznych. Ale , w
końcu udało mi się znaleźć sposób.
15 listopada
wszedłem na pokład nocnego samolotu z Nowego Jorku do Oslo, gdzie przez 8
godzin musiałem poczekać na połączenie z Warszawą. Ale nie ma tego złego –
miałem czas na obejrzenie chociaż fragmentu miasta. W Warszawie wylądowałem
późnym wieczorem 16 listopada. Na zobaczenie wystawy i kilku miejsc w Warszawie
miałem tylko sobotę. W niedzielę w południe wylatywałem do Nowego Jorku. Było
to jedyne takie doświadczenie w moim życiu, a ten wyjątkowo krótki (w
porównaniu z innymi podróżami) pobyt w Warszawie tylko wzmagał moje
podniecenie.
Idąc Alejami
Jerozolimskimi w zimny, sobotni poranek,
naprawdę nie miałem pojęcia co zobaczę. Oczywiście widziałem zdjęcia Warszawskiego
Fotoplastikonu i Kaiserpanoramy. Wiedziałem też, że Tomasz zorganizował
spotkanie z kilkoma członkami polskiej grupy stereoskopowej. Zorganizował także
przyjęcie na otwarcie wystawy. Zastanawiałem się jak się dogadamy, bo przecież
w ogóle nie mówię po polsku. Ale Tomasz zapewnił mnie, że jeden z członków grupy,
Borys Wasiuk, mówi płynnie po angielsku. On będzie moim tłumaczem. Byłem bardzo
wdzięczny Tomaszowi za jego wspaniałą gościnność.
Spotkaliśmy
się w Fotoplastikonie w Alejach Jerozolimskich 51. Tomasz, Syaiful Bahri i
Borys Wasiuk już na mnie czekali. Wreszcie mogłem ich spotkać osobiście! Do tej
pory kontaktowaliśmy się przez Internet, wymieniając maile albo wysyłając
sms-y. Gdy się witaliśmy, zauważyłem na wejściu budynku plakat reklamujący
wystawę. Co więcej, na fasadzie budynku, obok plakatu umieszczono stereoskop.
Niestety, wilgotne powietrze dostało się do wizjera, obiektyw był zaparowany,
więc nie mogłem zobaczyć zdjęcia.
W końcu
nadszedł czas, żeby zobaczyć fotoplastikon. Przeszliśmy przez bardzo ciężką
bramę i znaleźliśmy się na owalnym dziedzińcu otoczonym kilkupiętrową
kamienicą. Po drugiej stronie dziedzińca znajdował się jeszcze jeden drogowskaz
do Fotoplastykonu i wejście do celu mojej wycieczki. Minęliśmy korytarz i
weszliśmy do małego, zaciemnionego pokoju z fotoplastikonem i krzesłami przed każdym
stanowiskiem wizyjnym.
Nareszcie!
Stałem przed historycznym urządzeniem, o zobaczeniu którego marzyłem od dwóch
lat i do którego podróżowałem z drugiego końca świata! Mieliśmy go tylko dla
siebie! Szybko usiedliśmy na krzesłach żeby zacząć oglądanie. Raz usiadłszy,
wszystko co musiałem zrobić, to pochylić się w stronę mosiężnych okularów. Nad stereoskopem były
umieszczone karty z tytułem każdej fotografii. Przesuwały się one razem ze
stereoparami. Każda karta była w dwóch
językach: polskim i angielskim i zawierała tytuł stereogramu, nazwisko, miasto
i kraj pochodzenia fotografa. Pod wizjerem dookoła fotoplastykonu była półka na
której można było oprzeć ręce. Czułem się jak dzieciak w sklepie z cukierkami!
Tak bardzo chciałem zanurzyć się w tym przeżyciu i obejrzeć przeźrocza wystawy.
Oczywiście, najbardziej emocjonującym momentem będzie zobaczenie mojego
własnego stereogramu!
Usiadłem na
moim stanowisku. Spojrzałem na prawo i lewo na inne okulary, zastanawiając się
gdzie jest mój stereogram. Czy zobaczę go od razu, jak tylko popatrzę w wizjer
na moim stanowisku? Pochyliłem się, drżąc z podniecenia. Popatrzyłem w wizjer i
wszystkie myśli o zobaczeniu mojego własnego stereogramu odleciały gdzieś pod
nasadę czaszki ( no, może nie zupełnie wszystkie) bo patrzyłem na przesuwające
się przed moimi oczami cuda fotografii stereoskopowej.
Słychać było
delikatny terkot, kiedy wewnętrzna maszyneria fotoplastikonu przesuwała
przeźrocza z prawej do lewej. Borys usiadł po mojej lewej stronie.
Rozmawialiśmy o oglądanych stereogramach i fotoplastikonie. Podczas naszej
rozmowy uświadomiłem sobie, że kształt fotoplastikonu prowokuje towarzyskie
interakcje w sposób w jaki nowoczesna rozrywka, np. kino, gry tego nie robią. Szybko
przyzwyczaiłem się najpierw czytać tytuły, a dopiero potem patrzeć w wizjer.
Reklama wystawy na Facebooku wymienia wszystkich fotografów , którzy nadesłali
swoje stereogramy. Znałem wielu z nich osobiście, ale nie wiedziałem które
stereogramy były ich. Kiedy karty z tytułami i nazwiskami fotografów pojawiały
się na moim stanowisku, z niecierpliwością pochylałem się aby zobaczyć ich
prace. Czułem się dumny oglądając wytwory talentu moich przyjaciół. Niektórych
nazwisk w ogóle nie znałem i kiedy patrzyłem na nie, czułem ten specyficzny
dreszczyk emocji, bo przecież ja także byłem częścią większej, międzynarodowej
społeczności talentów twórczych. Szczególne wrażenie wywarły na mnie prace
polskiej grupy stereoskopowej. Poza Tomaszem Bielawskim i Syaifulem Bahri, nie
znałem ani tych ludzi, ani ich prac. Jednakże po zapoznaniu się z ich
stereogramami postanowiłem śledzić ich aktywność twórczą. Jeden przepiękny
stereogram ukazywał las i wlewające się w niego światło. Słyszałem, że efekt
ten nazywa się „światłem Boga”. Była to praca nieżyjącego już niestety
Faramarza Ghahremanifara. Byłem zachwycony faktem, że tak twórczy talent
pokazano na wystawie.
Nagle
zapytano mnie czy chciałbym wejść do środka fotoplastikonu i zobaczyć mechanizm
przesuwający przeźrocza. Oczywiście chciałem! Ale jak? Pod półką okalającą urządzenie
wisiała tkanina. Po podniesieniu płótna ukazały się drzwi, przez które można
się przeczołgać do środka. Natychmiast padłem na kolana i na czworakach przelazłem z półmroku zewnętrza fotoplastykonu do jego
jasno oświetlonego wnętrza. Wkrótce dołączyli do mnie Tomasz, Syaiful i Borys.
Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że w środku wcale nie było gorąco, chociaż
paliło się mnóstwo żarówek. Wytłumaczono mi, że zastosowano energooszczędne
żarówki. A jakże! Dotknąłem! Rzeczywiście chłodne! Bardzo mnie interesowało w
jaki sposób przeźrocza obracają się dookoła fotoplastykonu. Otóż prąd
dostarczany do fotoplastykonu napędza stary silnik od pralki! Silnik obraca
pionowo ustawione koło, do którego jest przymocowany rodzaj ramienia. Kiedy
ramię osiąga pozycje na 10.00 dotyka dźwigni, podnosi ją, wprawia w ruch fotoplastykon
i przesuwa slajdy na wyznaczone miejsce. Zanim ramię osiągnie pozycję na 12.00,
mija dźwignię, która opada i kończy przesuwanie slajdów. Slajdy pozostają na
każdym stanowisku przez 14 sekund, a potem przesuwają się dalej. Pierwotnym
źródłem prądu w fotoplastykonie był mechanizm zegarowy z ciężarami i pozwalał
urządzeniu działać przez 3 godziny.
Gdy
skończyliśmy, przeczołgaliśmy się z powrotem na zewnątrz i poszliśmy do
sąsiedniego pomieszczenia na wernisaż. Tam spotkałem resztę grupy. Wreszcie
mogliśmy porozmawiać i lepiej się poznać. Na wernisaż przychodziło coraz więcej
ludzi. Chętnie odpowiadaliśmy na pytania dotyczące wystawy i fotografii
stereoskopowej. Bardzo miłym dla mnie momentem było przybycie małżeństwa z dwójką dzieci. Dzieciaki były
naprawdę zainteresowane sposobem w jaki powstawały zdjęcia, więc kucnąłem i
pokazałem im swój tandem stereoskopowy. Pozwoliłem im zrobić zdjęcie, żeby
zobaczyły jak to działa. Były absolutnie zafascynowane! Byłoby cudownie, gdyby
wystawa zainspirowała ludzi, szczególnie młode pokolenie, do zajęcia się
fotografią stereoskopową.
Wróciłem do
pomieszczenia z fotoplastikonem. Wiele stanowisk było zajętych przez nowo przybyłych
gości. Przez kilka minut chodziłem dookoła fotoplastikonu i dzieliłem się z
nimi ich zachwytem. Znalazłem wolne miejsce. Usiadłem, i ponownie slajdy
przeniosły mnie do cudownych, odległych miejsc. Kolejne, wspaniałe przeźrocza
przesuwały się przed moimi oczami. Nagle pojawił się obraz słonecznego,
letniego dnia nad włoskim jeziorem! Znałem ten obraz bardzo dobrze! Wreszcie
mogłem zobaczyć mój własny wkład w wystawę! Ale nie dane mi było długo cieszyć
się tym widokiem. Zbyt szybko usłyszałem terkotanie maszynerii fotoplastikonu.
Moje zdjęcie dołączyło do parady innych stereogramów, oglądanych przez następną
osobę, i następną, i następną i następną….. .
Około
południa przyszedł czas pożegnać się i ruszyć w swoja stronę. Wyraziliśmy
nadzieję na spotkanie w Lubece na konferencji ISU w 2019. Wyszedłem z muzeum
razem z Borysem. Na pasku aparatu miałem odznakę mojej grupy stereoskopowej:
The New York Sterescopic Association. Podarowałem ją Borysowi na pamiątkę tego szczególnego
dnia. Pomyślałem sobie, że ten prosty gest będzie wspaniałą kodą zamykającą
dwuletnie marzenia Tomasza, aby pokazać w warszawskim fotoplastykonie fotografie
stereoskopowe z całego świata.
Po
obejrzeniu tak wielu pięknych stereogramów, poczułem się zainspirowany do
stworzenia nowych w tym krótkim czasie jaki mi jeszcze pozostał w Warszawie.
Spojrzałem na drugą stronę ulicy na Pałac Kultury i Nauki. W niewielkiej
odległości ode mnie sterczała także gitara reklamująca Hard Rock Cafe. Oho! Poczułem
twórczy potencjał połączenia tych dwóch symboli. Wraz z innymi pieszymi
przeszedłem przez ulicę i zacząłem
fotografować.
Stereoscopy nr 1 2019
Artykuł Andrew Lauren'a
Serdeczne dziękuję pani Bercie Chojnowskiej i Ewie Pyrczak za przetłumaczenie artykułu.
niedziela, 23 czerwca 2019
Scopea Stereo
W latach 1915-1923 w paryskich zakładach E. Caillon mieszczących się przy 17. Rue Froidevaux produkowano bardzo sympatyczny aparat Scopea Stereo. Piszę o tym dlatego,że kilka dni temu udało mi się takowy sprzęcik nabyć drogą kupna, a co najważniejsze, że za nieduże pieniądze! Korpus aparatu zbudowany jest całkowicie z drewna, a czołówka, celownik i wzmocnienia są metalowe. Scopea przystosowana jest do płyt szklanych formatu 6x13. Konstruktorzy wyposażyli ją w dwa obiektywy Berthiot Paris Olor o jasności 6,8, ogniskowej 85 mm. z bazą 6,3 cm. Migawka gilotynowa z dwoma funkcjami I oraz P i pięcioma (nieustalonymi bliżej) czasami naświetlania sprawuje się całkiem dobrze, a przysłona o wartościach 6,8, 9, 14, 18, 28 i 36 działa lekko i płynnie. Poza tym aparat wyposażono w składany celownik ramkowy i gwint do statywu. Pokrętła na obu stronach czołówki pozwalają regulować ostrość w zakresie od 1,2 metra do nieskończoności aż obraz na matówce jest ostry jak żyleta. Cóż więcej dodać? Chyba tylko to, że to pierwszy aparat tej firmy w mojej kolekcji i mam nadzieję, że nie ostatni!
Scopea Stereo 1915-1923
niedziela, 9 czerwca 2019
Holmes? Nie do końca!
Moi drodzy! Pokażę Wam dzisiaj bardzo ciekawy i rzadki stereoskop z końca XIX wieku. Urządzenie powstało na bazie stereoskopu Holmesa, ale nie do końca Holmesem jest. W oryginalnych przeglądarkach tego rodzaju zastosowane są soczewki pryzmatyczne (zazwyczaj o kształcie kwadratu), ktore "same" kierują nasz wzrok na odpowiedni obraz. W tym stereoskopie ktoś zamontował zwykłe soczewki optyczne, ktorych okrągłe obudowy bardzo fajnie współgrają z resztą konstrukcji. Urządzenie jest całkowicie drewniane z metalowymi wstawkami. Mechanizm ustawiania ostrości jest prostszy niż budowa cepa. Ruchoma poprzeczka na której mocuje się zdjęcie, przesuwa się w przód i w tył po prowadnicy wedle wyboru oglądającego. Niestety nie znalazłem nigdzie informacji dotyczących producenta czy nawet kraju w którym stereoskop powstał. Podobne urządzenie znalazłem w albumie Paula Wing'sa "Stereoscopes". Niestety i tu autor nie podaje jego pochodzenia. No cóż... szukajcie a znajdziecie! Cierpliwy jestem. A co?
Stereoskop typu Holmesa z soczewkami optycznymi
Podobny, znaleziony w albumie Paula Wing'sa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
London in 3D - litewskie anaglify.
Kolejny album zdjęć stereoskopowych, którym chciałbym się z Wami podzielić, to "London in 3D". Tytuł ten już parokrotnie przewijał...
-
W latach siedemdziesiątych w sklepach Centralnej Składnicy Harcerskiej (A co? Były takie!), obok kultowych kolejek PIKO można było kupić bar...
-
W dzisiejszych czasach gazety biją się o swoich czytelników i żeby jak najbardziej zwiększyć sprzedaż swoich tytułów kuszą rozmaitymi dodatk...
-
Kolejny album zdjęć stereoskopowych, którym chciałbym się z Wami podzielić, to "London in 3D". Tytuł ten już parokrotnie przewijał...































